Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
13. Moje życie, moje kredki, więc won z mazakami, cz. pierwsza
A więc, a więc - jest rozdział!
Życzę miłego czytania, a na samym końcu czeka na Was
niespodzianka. (;
Na stacji King’s Cross było głośno, tłumnie i nieco duszno. Uczniowie Hogwartu przechodzili przez magiczną barierkę na peronie 9 i 3/4, niezauważalnie pojawiając się w świecie mugoli. Mugoli, którzy nic nie widzieli, nic nie słyszeli, choć przecież ogromna grupa młodych czarodziejów wyskakująca jak gdyby nigdy nic ze ściany wcale nie była czymś normalnym.
Oparty o inną, zwykła barierkę, z nudów obserwował tok ich nudnego życia. A przynajmniej zawsze myślał, że jest nudne – tu, na stacji, działo się jednak nieco więcej. Wybuchały kłótnie, matka krzyczała na zapłakane dziecko, ktoś zgubił bagaż, ktoś kupił zły bilet. Interesujące. Niby nic, bo przecież u nich, u tych „magicznych” często działo się to samo – lecz, mimo wszystko… Tacy nieświadomi, tacy naiwni. Masowe morderstwa to epidemia tropikalnej choroby. Rozróba na ulicy w Londynie to jedynie wstrząsy tektoniczne.
Aha, pewnie. A magia nie istnieje.
Ciekawe, czy ktoś się chociaż domyślał. O, na przykład ta dziewczyna, która właśnie go mijała i rzuciła mu rozmarzony uśmiech. Czy ona siedziała wieczorami w pokoju przy oknie i rozmyślała? Czytała fantastyczne opowieści o gadających smokach i elfach, które ratują świat? A potem, przed snem, czy dopadała ją myśl, że może to istnieje naprawdę, że magia istnieje naprawdę i jest wciąż na wyciągnięcie ręki…?
Rozmyślania przerwał mu James.
- Remusa już zabrali. Nie przyszedłeś się pożegnać – rzucił z wyrzutem.
Syriusz wywrócił oczami.
- Już się żegnaliśmy.
- Kiedy niby? – zdziwił się Rogacz.
- Wtedy, gdy ty zarywałeś Rudą – odgryzł się Syriusz z krzywym uśmieszkiem.
Potter uniósł zawadiacko brew.
- Obiecała, że do mnie napisze – oznajmił dumnie.
- Pewnie. Za jaką cenę?
James prychnął głośno.
- Za żadną! No, z wyjątkiem tego, że sam też zgodziłem się do niej napisać.
- Zgodziłeś się, jasne. – Syriusz odsunął się od barierki i ruszył w stronę wyjścia ze stacji. – Petera też już nie ma?
- Cóż, długo jej prosić nie musiałem, no ale… - James wlókł się za nim. – Tak, pojechał już. Tylko moich gdzieś wcięło…
Black rzucił mu przez ramię spojrzenie mówiące: „Odezwał się!”.
- Dobra, dobra – burknął Rogacz. – Twoim to się już w ogóle nie chce przyjeżdżać. I to po pierworodnego…
- Dziwisz się? Ostatni raz widziałem ich rok temu. Połowę wakacji i święta spędziłem, błąkając się po świecie, ciężko pracując, by zarobić na chleb i…
Potter walnął go dłonią w plecy.
- Chyba się trochę zapędziłeś, Łapo – rzucił ze śmiechem. – Ale obiadki mojej mamusi smakowały, nie? – zapytał. – Tak myślałem. No, widzę, że wreszcie są. Na pewno nie chcesz jechać z nami?
Syriusz pomachał stojącym kilka jardów dalej rodzicom Jamesa i zerknął na przyjaciela.
- Choć na chwilę powinienem zajrzeć do rodzinnego domu – mruknął, krzywiąc się. – Podręczę brata.
Okularnik roześmiał się.
- Wiesz, że zawsze możesz przyjechać.
- Uważaj, bo jeszcze skorzystam z zaproszenia.
James uściskał Syriusza, a ten odwzajemnił gest, dodatkowo mierzwiąc mu włosy.
- Do zobaczenia, Łapo.
- Miłych wakacji, Rogaczu.
Ostatni raz skinął państwu Potter i ruszył smętnie w stronę wyjścia, wbijając rękę w kieszeń, a drugą ciągnąc kufer. Stacja powoli pustoszała, choć plątało się jeszcze po niej paru czarodziejów. Minął dwóch rozhisteryzowanych pierwszoroczniaków, których rodzice zapewne się spóźniali, minął Puchonkę, Jessicę Swallow - dziewczynę Edgara, a także Benjy’ego Fenwicka i Dorcas Meadowes.
Ta ostatnia podążyła za nim, wołając go natarczywym głosem.
- Black! Black, nie pędź tak!
- Nie pędzę przecież.
- Jak nie, jak tak. Patrz, jakie wielkie kroki robisz – narzekała, wciąż idąc za nim.
Gdy nie odpowiedział, zapytała:
- Chciałeś odejść bez pożegnania?
Zatrzymał się wreszcie i zmierzył ją ponurym spojrzeniem.
- I tak, i nie – mruknął, kopiąc czubkiem buta swój kufer. Meadowes usiadła na swoim bagażu, krzyżując ręce na piersi.
- Dlaczego? – zapytała.
- Nie lubię pożegnań – stwierdził i uśmiechnął się krzywo. – A jeśli chodzi o to „chciałeś odejść”… Najchętniej nigdzie bym nie odchodził.
Dorcas zmarszczyła brwi.
- Ja wiem, że Huncwoci to szkołę lubią, ale bez przesady…
- Kobieto. – Syriusz westchnął głęboko i uniósł oczy do nieba. – Od szkoły to ja zwiewam jak dementor przed patronusem, serio. Żeby tylko o to chodziło…
- No to czemu?
- Nie uśmiecha mi się powrót do domu, po prostu – oświadczył Black sucho.
- A! To wszystko wyjaśnia. – Usta Dorcas rozciągnęły się w uśmiechu. – Cóż, a ja już…
- Co wyjaśnia?
- Twój paskudny humorek, skarbie – parsknęła dziewczyna. – Wiesz, rozumiem, że rodzinka daje popalić, ale nie wyżywaj się na nas, co?
Syriusz prychnął z oburzeniem, ale jakoś nie mógł wymyślić odpowiednio ciętej riposty, więc mruknął tylko:
- Mamusia już przypadkiem na ciebie nie czeka?
Po jej lodowatym spojrzeniu zorientował się, że palnął głupstwo.
- Ja nie mam mamusi, Black, zapomniałeś? – zauważyła chłodno. – Ale tak, masz rację, pójdę już.
Wstała, chwyciła rączkę kufra i chciała odejść, ale Syriusz złapał ją za łokieć. Wyrwała się.
- Nienawidzę, kiedy tak robisz – syknęła.
Uśmiechnął się niewinnie.
- Jak, tak? – Położył dłoń na jej talii, pociągnął w swoją stronę i schował twarz w jej ciemnych włosach. – Wybacz więc.
Bardziej poczuł, niż usłyszał, jak dziewczyna wzdycha cicho.
- Jesteś okropny, wiesz? – spytała.
- Wiem.
- Nie tylko ty masz problemy rodzinne.
- Wiem.
- To się popraw, panie Black. – Dorcas odsunęła się od niego na kilka cali i spojrzała mu w oczy. – Do września.
Syriusz pochylił się ku niej i musnął wargami jej usta, a potem odsunął się, złapał za bagaż i odszedł szybko, zanim dziewczyna zdążyła cokolwiek powiedzieć. Wyszedł na zatłoczone ulice Londynu, oblizując wargi i delektując się posmakiem truskawkowej pomadki swojej przyjaciółki.
*
Cześć, Jillian.
Piszę ten list już po raz trzeci i wydaje mi się, że ten będzie równie beznadziejny jak dwa poprzednie. Nie potrafię pisać listów; mam nadzieję, że wybaczysz. W ogóle, to ja rzadko piszę listy, tylko czasem, do Huncwotów czy Lily…
Przepraszam; chyba – że się tak wyrażę – pieprzę od rzeczy. Nie chciałbym, żebyś usnęła, czytając mój pierwszy list.
Kurde, chyba nie wiem, o czym mógłbym Ci napisać. Kiedy stoję przed Tobą, jakoś tak mi… łatwiej. Może lepiej byłoby, gdybym zwinął ten ‘list’ w kulkę i wyrzucił przez okno… właśnie zachodzi słońce. Znaczy, tu, u mnie. Mówiłaś kiedyś, że lubisz pełnie księżyca – ja wolę zachody. Chyba… sam nie wiem, dlaczego.
Moja mama właśnie zrobiła ciasto. Nic specjalnego, zwykłą szarlotkę. Ale szkoda, że nie możesz poczuć tego zapachu.
Mam niemiłe wrażenie, że się kompromituję.
Remus
Ps. Jeśli nie masz nic przeciwko, możesz odesłać odpowiedz moją sową. O ile w ogóle chcesz mi odpowiadać… Ale Pippin bardzo lubi latać, byłby zachwycony.
*
Evans!
Co słychać? Zlitowałem się nad Tobą i postanowiłem napisać pierwszy – minął już tydzień, a Ty nic! No, ale rozumiem, wreszcie wakacje, trzeba nacieszyć się wolnością, porozmawiać ze staruszkami… Jeśli chcesz wiedzieć, to moja mama nie chce się ode mnie odczepić i pyta i pyta o ten Hogwart, aż mam jej po dziurki w nosie.
No, ale co tam u Ciebie? Na pewno dobrze, czemu miałoby być źle! Tak się ostatnio zastanawiałem, czy nie chciałabyś mnie odwiedzić? Mam nawet jeden wolny pokój, mogłabyś zostać na noc. Co Ty na to? Byłoby fajnie. I urządzilibyśmy imprezę dla Łapy, wiesz, urodzinową. Moglibyśmy zaprosić pół Hogwartu!
Pozdrów ode mnie rodzinkę, przyjaciółko!
Twój James
*
Hej, James!
Tu Peter Pettigrew. Piszę, bo się zastanawiam, czy masz może jakieś wieści od Syriusza? Bo się nie odzywa. Może się gdzieś zgubił po drodze? Wysłałem mu już chyba ze trzy listy, wiesz, i na żaden nie odpowiedział. A jak zachorował?
Co u Ciebie? Bo ja jakoś żyję, choć tęsknie za szkołą. Ten ostatni nocny wypad do Hogsmeade był taki super, co nie? I Remus nawet bardzo nie cierpiał. Mam nadzieję.
Peter Pettigrew
- Glizdogon
*
Remusie!
Bardzo się cieszę, że napisałeś. Też miałam wkrótce to zrobić, no ale nie zdążyłam. Jakoś tak zajęłam się domem. Chyba nigdy Ci nie mówiłam, ale moi rodzice pracują w ministerstwie i nie ma ich całymi dniami. Ktoś więc musi gotować obiady.
Hej, a tak właściwie co robią Twoi rodzice? Znając syna, muszą być naprawdę świetni.
Zachody słońca są piękne, tak, ale za bardzo się do nich przyzwyczaiłam. Wiesz, w Hogwarcie oglądam je na okrągło i jakoś tak… Jeśli zaś chodzi o pełnie – jest w nich coś takiego magicznego, nie uważasz? Tajemnica, magia, o tak. No i zachody są codziennie, pełnie – raz w miesiącu. Ostatnia była chyba jakoś tydzień temu, prawda? Przed samym końcem roku. I widzisz, przegapiłam. Zachód mogę oglądać zawsze, przez co traci swoją niesamowitość.
Szarlotka, mówisz? U mnie jest sernik. Żałuj, sama piekłam!
Aha, Remus. Jeśli nie chcesz, nie musisz do mnie pisać. Ale powiem Ci, że bardzo przyjemnie czyta się Twoje listy, naprawdę naprawdę naprawdę.
Jillian
Ps. Pippin jest kochany – dziobnął mnie w palec!
*
Autobus zahamował gwałtownie, przez co niektóre łóżka pozderzały się ze sobą, budząc swoich właścicieli. Syriusz wyjrzał przez okno, po czym sięgnął po swój bagaż i podszedł do nieco pulchnego, niskiego konduktora w średnim wieku.
- Ile? – mruknął.
- Sześćdziesiąt pięć sykli, Black – odparł Ernie Prang, wbijając w niego swoje dziwnie żółtawe, sowie oczy i szczerząc zęby.
- Nie wypowiadaj przy mnie tego nazwiska, kolego – warknął Łapa, wygrzebując z kieszeni kilka srebrnych monet. Nie zwracał uwagi na to, że facet jest starszy od niego o parę dobrych lat. – Przynajmniej przez jakiś czas.
- Dobra, dobra… Nie, ja wezmę ten kufer!
Brunet wyszedł z autobusu na zalany zachodzącym słońcem chodnik i rozejrzał się wokół. Westchnął ciężko i zerknął na Pranga, który przytaszczył kufer pod jego nogi.
- Do widzenia, Bla… kolego! – zawołał Ernie i zniknął we wnętrzu autobusu, dając znak staremu kierowcy, który już po sekundzie nacisnął pedał gazu. Błędny Rycerz wypruł do przodu i zniknął w obłoku kurzu.
- Spadaj – burknął Syriusz.
Chwycił za rączkę walizy, a do drugiej ręki wziął małą klatkę z brązowo-szarą sową włochatką.
- No, już, Rusałko, nie wrzeszcz – mruknął, kiedy sówka zaskrzeczała i machnęła skrzydłami, wiercąc się na swoim drążku. – To tylko kawałek. Widzisz ten dom? Tam idziemy.
Ruszył powoli chodnikiem, przechodzącym potem w kamienną ścieżkę, mijając otoczone barwnymi ogrodami domy i zmierzając w stronę jednego z nich, piętrowego, z werandą i przybudówką w cynamonowym kolorze, z którego komina leniwie uciekał srebrnoszary dym.
Kiedy stanął przed drzwiami z kołatką w kształcie gryfa, odstawił klatkę na bok i zapukał.
- Już, już idę, chwila… Mamo, czemu to zawsze ja muszę otwierać? To pewnie znowu jakieś smarkacze, a ty… Łapa!
W drzwiach stanął James, wytrzeszczając na przyjaciela oczy. Ten uśmiechnął się lekko.
- Łapa przyjechał! Mamo, szykuj jeszcze jakąś kolację, Syriusz wpadł! Stary, mówiłem, że nie wytrzymasz… - Okularnik wyglądał na zachwyconego i gestem zaprosił kolegę do domu.
- No tak. – Brunet kopnął jakiś kamyk, leżący na schodkach. – Nie wytrzymałem i jestem.
- Świetnie. – Potter wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Właź, właź. Mamo, słyszałaś, nie? Bo Syriusz… Ej, po co ci cały bagaż? – zapytał, kiedy Syriusz mijał go w drzwiach.
- Właśnie o to chodzi – mruknął Black pod nosem. – Przyjechałem prosić cię o… przysługę.
*
Cześć, Liluś!
Wiem, jeszcze nie odpisałaś, ale mam ważną nowinę. Syriusz jest teraz u mnie, więc nie zrobimy mu przyjęcia-niespodzianki. Ale może masz jakiś inny pomysł, co? Ty zawsze masz świetne pomysły.
Napisz jak najszybciej!
James
__________
Jestem zmienna jak cholera i
zawieszam tego bloga.
Ale nie martwcie się (aha, jasne). Jest nowy. Jego druga część i druga część tego oto rozdziału znajduje się
naginajac-wiecznosc (a przynajmniej rozdział znajdzie się już niedługo).
Od teraz, od dziś, jest to mój oficjalny, nowy blog z moim opowiadaniem. Serdecznie zapraszam! Mam nadzieję, że onet w żaden sposób Was nie zrazi, ani nic...
I tak oto zdradziłam blog4u. To nic. xD
Fushigi 24 sierpień 2009; 19:34:37 [
Powrót]
Riddikulus!
Jak możesz! ; )
Zawieszać bloga, też coś. Już zastanawiam się czy ukatrupić cię teraz czy poczekać na wyjaśnienia. Brr...
Ten rozdział był jak zwykle świetny [;P] i już zastanawiałam się kiedy będzie następny, a ty zawieszasz. Niezła niespodzianka, nie ma co.
Ale oczywiście odwiedzę twojego nowego bloga. Jakże by inaczej?
Jednak i tak jestem zła. Wręcz wściekła.
Jak ja przeżyje bez Syriusza i Dorcas? Albo Remusa i Jillian? O Jamesie i Lily nawet nie mówiąc...
erin. 25 sierpień 2009; 10:59:49
| brak www IP: 84.38.91.236
Mam przyjemność skomentować pierwsza? Jak wspaniale, szczególnie, że zrobię to pierwszy raz na tym blogu. No więc nie będę wypowiadać się tylko o tym rozdziale, bo nie potrafiłabym ująć w słowa tego, co chcę Ci powiedzieć, Fushigi.
No więc ogólnie nie potrafię pisać komentarzy, bo zawsze schodzę z tematem na bok i w końcu pisze o czymś kompletnie bezsensownym. No i patrz, znowu to robię! Piszę o tym, że mam tendencję do pisania głupot!
Okej, Faffey, skup się i nie produkuj tu nowego opowiadania.
Twój blog mnie oczarował. Kilka dni temu coś mnie tknęło, żeby go wreszcie przeczytać i muszę powiedzieć, że jestem wprost zachwycona. Potrafisz... potrafisz tak zaczarować czytelnika, że ani się obejrzy, a już koniec rozdziału. Wprawiasz w świetny nastój, a przede wszystkim u Ciebie naprawdę się czuje magię.
Każda twoja postać jest taka przemyślana i realna. Zakochałam się w Twoim Lunatyku, który był dotychczas trzeci w kolejności, zaraz po Syriuszu i Jamesie. On jest taki wyjątkowy. Pełny tej remusowatości, tego rozważnego ciepła. Jest taki... słodki.
Twój Black powala na kolana. Jest tak syriuszowaty jak tylko mógłby być i po prostu kolana miękną.
James też jest wspaniały. Mimo wszystko inny niż na większości blogów. Posiada swój charakter i kocham go jak młodszego brata.
Peter... tej postaci poświęciłaś stosunkowo dużo miejsca, biorąc pod uwagę blogi, na których Peter jest tylko dodatkiem (u mnie, na przykład).
Ogółem mówiąc potrafisz sprawić, że czytelnik zakocha się w Twoich postaciach. I mimo kilku błędów, literówek, czy braków przecinków, jestem zauroczona do n-tej potęgi.
To opowiadanie jest wyjątkowe i wiem, że na drugie takie raczej nie trafię (nie licząc drugiej części tego). Bo ty potrafisz dobrze wykorzystać to, co dała nam, pisarzom fan-ficków, Rowling. Potrafisz "operować" postaciami, które teoretycznie już były, a jednak Ty budujesz je na nowo. Każda z nich naprawdę żyje i nie wykonuje tylko poleceń narratora. Działają najczęściej nieprzewidywalnie, co jest dla Ciebie wielkim plusem.
Już zachwycałam się Twoim Snapem, który niestety pojawił się tylko raz. Ale mimo to potrafiłaś ukazać go nader poprawnie. Król ironii, prześmiewczy, cyniczny. Taki jaki powinien być Snape. Bez skamlenia i durnych tekstów.
To opowiadanie jest niesamowite. Dokonałaś wszystkiego, do czego ja bezskutecznie dążę:
- wykreowałaś bliskie czytelnikowi postacie
-ukazałaś wszystkie aspekty Hogwartu
- no i przede wszystkim doprowadziłaś historię do końca już po trzynastu rozdziałach, czego ci strasznie zazdroszczę
Jestem zauroczona, zachwycona i brak mi słów, mimo że wyprodukowałam ich już tyle.
howg! ;)
Faffey 25 sierpień 2009; 00:00:42
| brak www IP: 83.30.70.99
Uno, kocham ten cytat, kredki. Jest niesamowity.
Duo, znowu się machłaś z 'się do" w pierwszym liście Jill, wskoczyło ci dobrze znane nam Siudo...
Thres, podoba mi się ten rozdział. Listy, uwielbiam listy! I Dorks i Łapa na peronie! Mmmm... No i ucieczka Syriusza... bidok... mogę go pocieszyć, jakby co, pierwsza jestem.
Tak ogólnie to pieprzę od rzeczy, ale nie wiem co mam napisać...
Przypomniał mi się rozdział z szpitalem... sama nie wiem dlaczego...
I się szczerzę jak głupi do selera... bogowie... jestem chyba rąbnięta.
Miśka 24 sierpień 2009; 19:56:46
| brak www IP: 83.6.148.177
Szablon wykonała
Fushigi; zdjęcie -
stąd; tekst -
Paramore.