Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
11. Prawdziwie kochasz wtedy, kiedy nie wiesz dlaczego.
Coś ostatnio serwer nam nawalał, nie? Mam nadzieję, że zbyt często to nie będzie miało miejsca, bo już zaczęłam lubić pana 4u.
W każdym razie... Nowy rozdział, myślę, że nieco poważniejszy. Ale nie wiem, jak Wam się spodoba. Może się spodoba. Mam nadzieję...
*bierze głęboki wdech*
Już nie zanudzam. W Wasze ręce. Dedykowane
Erin i
Shylin, ot tak. Bo fajne jesteście. ^^
(Miśka, Ty się nie oburzaj, dla Ciebie jest zawsze)
Zapraszam!
Lily wetknęła nos w „Proroka Codziennego” i biła się z myślami. Jakim cudem, u licha, zgodziła się na to, jak mogła? Zazwyczaj unikała miejsc, gdzie przebywał Potter, a teraz musiała siedzieć z nim i jego „przyjaciółmi” pod jednym drzewem! To nie do pomyślenia. Powinna uciec stąd natychmiast, już, zaraz, teraz!
- Co ciekawego w świecie czarodziejów? – usłyszała pytanie Blacka, więc wychyliła się nieco zza gazety i burknęła:
- Kolejne morderstwa i zniknięcia, wywiad z Celestyną Warbeck, przepis na dyniowe biszkopciki i ogłoszenia z Pokątnej. Szukasz może pracy?
Potter parsknął śmiechem, ale Lily starała się nie zwracać na niego najmniejszej uwagi. Nie ma sensu z nim rozmawiać… nie po tym, jak rozmawiali na śniadaniu.
- On? Żartujesz sobie… - wykrztusił okularnik.
- Bynajmniej - syknęła, nie mogąc się opanować. Tak, wciąż dokładnie pamiętała każde jego słowo. „Przykro mi, że tak o mnie myślisz; że mógłbym być zdolny do czegoś takiego, byleby zdobyć sławę.”
- Łapa nie nadaje się do żadnej pracy – powiedział dziarsko James, jakby nie zauważając tonu dziewczyny. I tego, że pogrążona jest w myślach.
„Dlaczego? Dlaczego nie dasz mi szansy? Wciąż masz mnie za jedenastolatka…?”
Black dał przyjacielowi kuksańca w bok.
- A ty to co? Pracowity Puchon? – zażartował, a dwie dziewczyny z Hufflepuffu, przemierzające błonia, rzuciły mu ostre spojrzenie.
Lily potrząsnęła głową, próbując pozbyć się napływających wspomnień.
- Dlaczego od razu pracowity…
Ale one pojawiły się znowu, po raz kolejny, zasłaniając wszystko inne niczym ciężka, nieprzenikniona mgła.
„- Brawo, panno Evans, brawo! – zachwycał się Slughorn, stojąc nad kociołkiem dziewczynki i uśmiechając się szeroko. – Idealny eliksir zapomnienia! Znacie już ‘Obliviate’? Jeśli nie, to wystarczy, że podacie komuś choćby kroplę wyśmienitego eliksiru panny Evans, a od razu…
Nagle w lochach pojawiła się biała, cuchnąca mgła, która błyskawicznie zasłoniła całą widoczność, niczym macki oplatając zdumionych pierwszoroczniaków i nauczyciela. Lily zakrztusiła się; opary były tak gęste, że nie widziała nawet kociołka, który przecież stał tuż przed nią… A chwilę potem rozległ się donośny huk, uczniowie krzyknęli i rozbiegli się po lochach, a Slughorn na darmo próbował ich uspokoić.
- Kto to zrobił? – wołał. – Longbottom, to ty, tak?! Mów! Och, do licha, Mistyfy!
Mgła natychmiast zniknęła i Lily rozejrzała się wokół. Wszyscy Puchoni i Gryfoni zamarli, niektórzy wciąż przestraszeni, inni z wyraźnym zdezorientowaniem malującym się na twarzach. Wszyscy, prócz Jamesa Pottera i Syriusza Blacka, szczerzących się wesoło.
- No n-nie… Ja naprawdę… naprawdę… Potter, coś ty wrzucił do kociołka?! - warknął wściekły Slughorn.
Chłopak uśmiechnął się niewinnie.
- Ja? Wpadł mi tam liść pokrzywy, ja nie wiedziałem, co to się może stać, to Evans jest najlepsza… - stwierdził, patrząc na Lily nieco wyzywającym wzrokiem.
- POKRZYWY?!”
Był gotowy zrobić wszystko – wszystko – byle tylko być lepszym od innych. Lepszym od niej.
- …mamy? – dobiegł ją głos Syriusza. Potrząsnęła głową, pozbywając się resztek wspomnień. To nie jest ani czas, ani miejsce do roztrząsania przeszłości, powiedziała sobie stanowczo i skoncentrowała się na rozmowie Huncwotów.
- Teraz? Obronę – odrzekł Remus, wylegujący się na trawie z rękami założonymi za głowę i źdźbłem trawy w ustach. Patrzył w niebo dziwnie pustym wzrokiem, a głęboka zmarszczka pomiędzy jego brwiami świadczyła o tym, że również nad czymś rozmyślał. – Za dwadzieścia minut – dodał po chwili.
- Cudownie – powiedział Black, uśmiechając się do samego siebie. – Jeszcze byśmy zdążyli coś zrobić.
Lily oderwała wzrok od twarzy Lupina i przeniosła go na Syriusza. Napotkał jej spojrzenie i uniósł znacząco brwi, a potem zwrócił się do Jamesa:
- Te, Rogaty, pamiętasz tego znicza, co go kiedyś tam zwinąłeś? – Dziewczyna również spojrzała na okularnika, który grzebał patykiem w ziemi z osobliwie ponurą miną. Kiedy skinął głową, Black ciągnął: - Siedzi w dormitorium, nie?
- Nooo – mruknął okularnik nieco stłumionym głosem, zapewne dlatego, że opierał brodę na dłoni. – W mojej szafce nocnej. A co?
Lily pamiętała znicza, o którym mówili. Chodziło im najprawdopodobniej o tego, którym Potter kiedyś się bawił – był to ostatni dzień jej znajomości z Severusem Snape’m; dzień, w którym nazwał ją ‘szlamą’ tuż po tym, jak próbowała mu pomóc. Podejrzewała, co planuje Black, i bynajmniej nie zamierzała mu na to pozwolić.
- Nie możesz – powiedziała surowym tonem.
Chłopak znowu uniósł brwi, tym razem w wyrazie rozbawienia.
- Jej, dlaczego? – zapytał i zamrugał niewinnie.
- Bo… - Dawna Lily odpowiedziałaby ‘bo tak’, ale czy dawna Lily siedziałaby na błoniach z bandą najbardziej szalonych uczniów, jakich znał Hogwart? – Bo to głupie.
- A skąd w ogóle wiesz, co chcę zrobić? – spytał Syriusz z tak chytrym uśmieszkiem, do jakiego tylko on był zdolny.
- Wiesz, trochę cię już znam, mogę się domyślić – stwierdziła dziewczyna, czując na sobie wzrok Pottera. Czyżby myślał o tym, co ona? Namówił ją, by do nich dołączyła podczas lunchu, tylko po to, żeby móc z nią porozmawiać. Albo raczej zakończyć rozmowę zaczętą podczas śniadania, rozmowę gwałtownie przerwaną przez Syriusza. A tymczasem z tym chłopakiem w pobliżu nie dało się rozmawiać…
- Znasz? – Black znowu zaśmiał się pod nosem. – Wydaje ci się, Ruda. Ja sam siebie dobrze nie znam, a co dopiero ty, która sądzisz po pozorach…
- Po pozorach? – zapytała, a niechciane oburzenie zabarwiło jej głos. – O czym ty mówisz?
- Och, no nie wiem. Zastanówmy się… - Syriusz uniósł twarz do słońca i przymknął oczy. Potem spojrzał z pasją na dziewczynę. – Na przykład o tym, jak traktujesz Rogacza.
- Jak traktuję… Ja? JA?
Lily czuła, że rozmowa z tym patafianem schodzi na niebezpieczne tory. Odwróciła od niego wzrok i zerknęła na Pottera, ale to nie polepszyło sytuacji. Patrzył na nią chłodno.
- Ja… ja nic nie robię – powiedziała nieco piskliwie, znowu przypominając sobie słowa, które wypowiedział podczas śniadania.
- A nie, nie, wcale. Jesteś miła i uprzejma, jak przystało na panią prefekt – odparował Black zgryźliwym tonem.
Remus uniósł się na łokciach, obserwując Syriusza spod zmarszczonych brwi, a do głowy Lily napłynęło jeszcze jedno wspomnienie – to z wieczoru, w którym Gryffindor wygrał mecz. To, które przypominało o tym, jak paskudnie się czuła, kiedy James zachował się tak wspaniale, i jak czuła się jeszcze gorzej, kiedy wypomniał jej nieczułość… To stało się tak dawno. Nawet nie wiedziała, ile dni minęło, ale wiedziała, że od tego momentu James nie odezwał się do niej ani razu… pomijając dzień dzisiejszy.
- Przestań – powiedział James, a Lily myślała przez chwilę, że mówi do niej. Patrzył jednak na Blacka.
- Bo co? – zapytał tamten arogancko. – Wydaje mi się, że trzeba tu coś wyjaśnić. Rogaty, idioto, łazisz za nią jak głupi, a zobacz, jak ona cię traktuje. Dość tego, dłużej nie będę na to pozwalał.
Dziewczyna poczuła, że kiedy James zerknął na nią przelotnie, skurczył jej się żołądek. Z gniewu? Ze… strachu? Nie wiedziała.
- Syriuszu… - zaczął Remus.
- Nie, Remmy, zobacz sam, co on robi! – zakrzyknął Black. – Evans… - Wbił w nią tak niechętne spojrzenie, że aż się zgarbiła. – Evans…
Patrzył na nią wzrokiem pełnym niewypowiedzianej złości. Brakowało mu słów.
A potem wstał, otrzepał się z trawy, mruknął „do zobaczenia potem” i odszedł w stronę zamku. Minę miał taką, jakby równocześnie chciał mówić dalej i bał się, że już powiedział za dużo.
Była to pierwsza sytuacja w życiu Lily, kiedy nie miała pojęcia, co dalej robić – dlatego nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła tępo w pień drzewa przed sobą, a kątem oka ujrzała, że Remus i Peter również wstają i odchodzą, rzucając Potterowi zatroskane spojrzenia.
Nie minęła chwila, a Potter też podniósł się z ziemi.
- Nie, czekaj! Nie… idź jeszcze – mruknęła i odruchowo złapała go za rękę. Uniosła głowę, a kiedy na niego spojrzała, przeraził ją wyraz jego twarzy: poważny, zdeterminowany i nieco zasmucony, jakby właśnie podjął jakąś ważną, lecz trudną decyzję.
- Dlaczego? – zapytał. Głos miał wyprany z emocji.
A głos Jamesa Pottera nigdy nie był wyprany z emocji.
- Co się stało? - Nie chciała tego mówić, to brzmiało zbyt głupio, zbyt… dziecinnie. Przecież dobrze znała odpowiedź.
- A czy coś musiało się stać? Lily, wracam do chłopaków, ty zajmij się… sobą – powiedział beznamiętnie. Ten jego ton niczym lodowaty sopel wbijał się w serce dziewczyny, rozdzierając je na strzępy. – Już na zawsze.
Puściła jego rękę, wstała i zmierzyła go twardym spojrzeniem, choć w środku coś bolało ją tak bardzo, że ledwie mogła mówić.
- O czym ty mówisz? Jakie na zawsze? James…
Coś pojawiło się w jego ciepłych, brązowych oczach, rozjaśniając je na chwilę, ale znikło tak szybko, że ledwo to zauważyła.
- Już nie Potter? – spytał cicho i odwrócił wzrok, jakby nie mógł na nią patrzyć. Może faktycznie nie mógł. Powoli, jakby przez grubą zasłonę, docierało do niej to, jaka była… jaka była dla niego.
- Masz na imię James – szepnęła. Ile by dała, żeby nagle wybuchnął śmiechem i zapytał, czy się z nim umówi!
Scena, w której brała udział, była tak niesamowita, tak nierealna, że oczekiwała, iż w każdej chwili może się obudzić.
- Nagle sobie przypomniałaś? – warknął, a potem nagle zmienił ton. – Naprawdę powinienem już pójść. Łapa ma rację.
Teraz był już łagodny, ale też zbyt uprzejmy, jak na roześmianego Pottera.
- Tak, ma – odrzekła odważnie. – Ale nie do końca. Ja nie sądzę po pozorach, James. Wiem, jaki jesteś. A przynajmniej, jaki byłeś.
Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- I co? To nie zmienia faktu, że mnie nienawidzisz.
Lily zamarła. Powiedział to tak rzeczowym tonem, jakby stwierdził fakt. Jak mogła doprowadzić do tego, że tak myślał?
- Nie… nieprawda! James, nieprawda! – zawołała nieco histerycznie. Nie miała pojęcia, jak wyjaśnić mu to wszytko, skoro sama siebie nie mogła zrozumieć. – Ja… ty mnie denerwujesz. Jesteś denerwujący, strasznie. To mnie wkurza. Ale… nie nienawidzę cię, James.
I wtedy, nagle, jego twarz rozpromieniła się w uśmiechu.
- Czyli że mnie lubisz? – zapytał radośnie.
- Tego nie powiedziałam!
- Oj, Evans, Evans… Utrudniasz wszystko – stwierdził lekko, jakby jeszcze przed chwilą nie miał najpoważniejszego wyrazu twarzy, jaki kiedykolwiek widziała. – Po prostu powiedz, że jesteśmy przyjaciółmi albo dajmy sobie z tym spokój.
- Przy… - Lily wytrzeszczyła na niego oczy. – Przyjaciółmi? Jakimi przyjaciółmi?! Żartujesz sobie!
Potter roześmiał się i uchylił przed jej dłonią, wymierzoną w jego policzek.
- Ależ skąd – wykrztusił wesoło. Lily mimowolnie się uśmiechnęła. – Jesteśmy przyjaciółmi i już. Od teraz wszędzie chodzisz z nami, Huncwotami – oznajmił poważnie, otoczył ją ramieniem i ruszył w stronę szkoły.
Dziewczyna była tak zaskoczona, że nawet nie zaprotestowała.
Remus dogonił Syriusza dopiero na piątym piętrze, kiedy podchodził do ciężkich, dwuskrzydłowych drzwi biblioteki.
- Zaczekajże, Łapo wredna… - mruknął, nieco zdyszany, i chwycił przyjaciela za tył koszuli.
Chłopak zatrzymał się mimo woli i odwrócił, mierząc go złym spojrzeniem.
- Jaka wredna, hę?
- Może być kudłata, jak chcesz. I zapchlona – dodał z szerokim uśmiechem. Twarz Syriusza również się rozjaśniła.
- Ja ci dam… - Zagroził mu pięścią i uwolnił swoją koszulą, wygładzając ją. – Ta zapchlona łapa może rozpłaszczyć twój lunatyczny nosek.
Remus zaśmiał się.
- Jasne, jasne. Ale teraz na poważnie. Posłuchaj…
- Nie, to ty posłuchaj – nie pozwolił mu dokończyć Syriusz. – Wiem, o co ci chodzi. Zaraz walniesz mi wykład, że nie powinienem mówić tego, co powiedziałem. No, ale cóż, za późno, stało się. Nie żałuję.
Remus zmierzył przyjaciela zafrasowanym spojrzeniem.
- Wiem, że nie żałujesz. Ale wiem też, że gdybyś miał wybór, nie chciałbyś tego mówić – stwierdził cicho.
Syriusz uciekł wzrokiem.
- Nie moralizuj – wycedził.
- Łapo… jesteś naprawdę niesamowity – oświadczył Remus łagodnie. – Dobrze wiedziałeś, co robisz. I podejrzewam też, że wiesz, jak to się skończy… i że nie skończy się źle.
- Spadaj, Lupin. Muszę iść do biblioteki – warknął i odwrócił się na pięcie, zostawiając uśmiechniętego przyjaciela na środku korytarza.
Pchnął drzwi biblioteki, które skrzypnęły cicho, jakby w proteście. Nie przejął się tym i ruszył w stronę pani Pince, myślami wciąż błądząc wokół słów Lunatyka. Ten facet był zbyt bystry, zbyt domyślny… i zbyt dobrze go znał. Nawet, gdy pomagał Rogatemu w nieco inny sposób – nieprzyjemnie wytykając mu błędy – on wiedział, dlaczego tak robił. Wiedział, że tylko w taki sposób można mu pomóc.
Włochaty drań.
Pożyczył odpowiednie książki, mruknął coś, że będzie na nie uważał i ruszył do jednego z wolnych stolików. Wyjął z torby rolkę pergaminu, pióro i kałamarz, a potem usiadł i otoczył się grubymi tomiskami. Miał tylko kilka minut przerwy, zanim zacznie się obrona przed czarną magią, potem trochę czasu podczas kolacji… Zdąży napisać referat na zielarstwo na zajęcia dziś wieczorem? Miał nadzieję.
Wyrzucając sobie, że zamiast zajmować się cholernymi problemami Rogacza, mógł zajmować się cholernym wypracowaniem, zaczął przeglądać pożyczone księgi.
Nie minęła chwila, a usłyszał głos, mówiący: „Pa, Dearborn!”, a potem przy jego stoliku pojawiła się uśmiechnięta Dorcas.
- Cześć, Black! – zawołała, a pani Pince chrząknęła znacząco.
Syriusz uniósł głowę znad obszernego woluminu i mruknął roztargnionym tonem:
- Dorcas. Co słychać? Nie, nie odpowiadaj, nie chcę wiedzieć.
Dziewczyna parsknęła śmiechem i porwała jedną z książek.
- Właśnie rzuciłam twojego kolegę z drużyny – oznajmiła śpiewnie, puszczając mimo uszu słowa chłopaka i wertując książkę. – Caradoca.
- Gratulacje – mruknął Syriusz, nie odrywając wzroku od tekstu.
- Serio? – Dorcas uniosła brwi. – A nie kondolencje?
Syriusz odłożył tom na podłogę i chwycił za pióro, pochylając się nad zapisanym w jednej czwartej pergaminem.
- Nie wiem, Meadowes , nie wiem. Cholera, mówię ci, zostaw mnie na razie, bo się nie wyrobię – odrzekł.
- Aha, referacik pisany na ostatnią chwilę? – zrozumiała Dorcas z półuśmiechem. – Na co?
- Zgadnij. Co mamy wieczorem?
- Zielarstwo! „Rośliny karańskie”?
- Dokładnie, Meadowes. Błagam cię, daj mi teraz spokój – warknął Syriusz, drapiąc się piórem po policzku. – Szlag by to, jeszcze tyle do napisania…
Pani Pince posłała im oskarżające spojrzenie, a Dorcas usiadła naprzeciwko niego i oparła głowę na dłoni.
- Napisałeś o tym, skąd pochodzą? – zapytała niedbale.
- Nie. – Syriusz wyglądał, jakby był u progu wytrzymałości. – A skąd?
- Z Karanii, bystrzaku – oznajmiła spokojnie i postukała paznokciem w pergamin chłopaka. – Kraina nigdy nie odnaleziona, odkryta przez Arileya Hortihe. Przywiózł do nas rośliny, które zaczęły się rozmnażać. Pisz to, zaraz mamy obronę. Resztę skończymy na kolacji.
Black zabrał się do notowania, skreślając niektórego wcześniej napisane fragmenty.
- Coś jeszcze? – spytał tępo, wpatrując się w pergamin, który zapełniał się w prawie magiczny sposób.
- Wypisz kilka rodzajów takich roślin. I dodaj coś o nich – poradziła dziewczyna.
- Na przykład?
Dorcas wywróciła oczami.
- Karaczek, Charlab, Karkoke* – wymieniła na poczekaniu.
Syriusz wlepiła w nią zdumione spojrzenie.
- Po pierwsze: co za popieprzone nazwy? Po drugie: skąd to wszystko wiesz? A po trzecie… skończę potem, chodźmy już – powiedział, zwijając niedokończony referat w rulon i wrzucając go do torby razem z piórem i kałamarzem .
- Zamierzam być Uzdrowicielką, muszę wiedzieć takie rzeczy. – Dorcas wzruszyła ramionami i wstała. – Poza tym mam to napisane od tygodnia.
Syriusz wyszczerzył zęby, zgarnął ze stolika różdżkę i wsadził ją do tylnej kieszeni dżinsów, po czym stwierdził:
- Kocham cię, Meadowes.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Tak myślałam. Dlaczego? – zapytała.
- Nie mam pojęcia.
Po odłożeniu książek w bezpieczne ręce pani Pince wyszli razem z biblioteki i skierowali się w stronę klas na pierwszym piętrze, gdzie zapewne właśnie zaczynała się lekcja obrony przed czarną magią.
- Co robisz w sobotę? – zapytał Syriusz, gdy pędzili po schodach.
- Gdyby nie to, że przed chwilą zostawiłam Dearborna, pewnie przesiedziałabym cały wieczór w jego dormitorium, ale chyba masz inne plany? – Dorcas uśmiechnęła się.
- Taa. Spotkajmy się we wspólnym koło… siedemnastej?
Wpadli do klasy akurat wtedy, gdy profesor Marygold zaczynała lekcję.
- Jasne, Black.
___
*
rośliny karańskie - wszystkie informacje o nich znalazłam w sieci, że niby tego się uczyli w Hogwarcie. Nie wiem, czy wierzyć, czy nie, ale brzmi to tak skomplikowanie i tajemniczo, że przepisałam z kilku stron parę słówek i wyszło, jak wyszło. (;
Fushigi 6 sierpień 2009; 15:12:12 [
Powrót]
Riddikulus!
O cholibka, dziękuję! A ja, głupia małpa, włochata jędza dopiero teraz ruszyłam swój tyłek i zajrzałam do świata blogów. O wybacz mi, niegodnej!
No dobrze, a teraz do rzeczy.
Re-we-la-cja.
Kocham Twoje opowiadanie. Ba, chyba nie na piękne oczy wsadziłam je do swoich linków, nie? ;D
A teraz troszkę cytacików, które mnie powaliły/zaskoczyły/uraczyły:
„Rogaty, idioto, łazisz za nią jak głupi” – ten tekst Syriusza sprawił, że aż zagryzłam wargi, a serce zabiło mocniej, kiedy zastanawiałam się, jak zareaguje na to Lily, która oczywiście wszystko słyszała. I może to nie było dla niej nowością (że Potter za nią szaleje), ale ostatecznie nie słyszała tego na własne uszy w tak wymowny sposób...
„- A czy coś musiało się stać? Lily, wracam do chłopaków, ty zajmij się… sobą – powiedział beznamiętnie. Ten jego ton niczym lodowaty sopel wbijał się w serce dziewczyny, rozdzierając je na strzępy. – Już na zawsze.” – po przeczytaniu tego fragmentu też poczułam, jakby w moje serce wbijał się lodowaty sopel… To było takie smutne! A jednocześnie czułam, że James w żaden sposób nie chciał tego jej mówić, ale ostatecznie wybrał coś, co może i nie uczyni go szczęśliwym, ale wyzwoli Lily. To było takie honorowe! I... Romantyczne:)
Zauważyłam, że „włochaty drań” najwyraźniej zaczyna kręcić z Dorcas;) Ciekawe, co z tego wyjdzie… Mrał, będzie gorąco? xD
I... Lily Huncwotką! Och, jak wspaniale! Nie ma nic lepszego od miłości, która wyrosła z przyjaźni:)
Przynajmniej moim zdaniem.
Podsumowując, rozdział świetny. I pluję sobie w brodę, że dopiero teraz go przeczytałam.
P.S. Nie myśl, że robię za jakaś reklamę, ale jak chcesz, zapraszam na www.babyblog.fora.pl - to moje ulubione forum i jest naparwdę fajne:)
Pozdrawiam!
Shylin 12 sierpień 2009; 22:24:57
| brak www IP: 83.31.92.3
Ajajaj, jak mnie tu długo nie było i co widzę? - multum do czytania XD
Ale to dobrze, lubię to ^^
No, nadrobiłam wszystkie swoje zaległości i przepraszam, że tak długo nie dawałam znaku życia, ale leń jest straszny, oj tak ;;
Aj, coraz bardziej podoba mi się twoje opowiadanie.
Piszesz w tak lekki sposób, że chce się czytać, a brak jakichkolwiek błędów? - miód na moje oczy i nerwy :D
Jestem ciekawa jak potoczy się akcja dotycząca Jamesa i Lily - zawsze lubiłam tą parę - ale Blacka też kocham, nie ma co XD
Czekam na kolejną część!
Pozdrawiam.
Frywenn 9 sierpień 2009; 22:36:52
| brak www IP: 79.163.28.191
No, wreszcie nadrobiłam zaległości :) Jeszcze raz przepraszam, że tak długo zaniedbywałam Twojego bloga, zresztą, znasz powody. Cóż, każdemu się zdarza. ;)
Po pierwsze: Remus! Uwielbiam go w Twoim opowiadaniu. Jestem ciekawa, kogo wybierze. Na początku byłam pewna, że Jillian, ale to jego zainteresowanie Melissą... :) Sama byłabym bardziej za Jill, choć Mel też znowu nie jest taka zła.
Dalej, Lily i James, czyli najukochańsza para pod słońcem, nawet jeśli Evans wrzeszczy na Pottera przez cały czas. ;) W tym rozdziale akcja rozwinęła się bardzo obiecująco... Lily jako Huncwotka? Łaaał. ;D Ciekawe, jak dziewczyna sobie poradzi, mam nadzieję, że chłopcy nie zrobią niczego ponad jej nerwy. :D
No i wreszcie Syriusz i Dorcas. Wydaje mi się, że ci będą mieli najłatwiej, jeśli chodzi rozkwit znajomości, choć skłonność obydwojga do romansów może trochę to opóźnić. No, ale umówili się, wreszcie, więc wystarczy czekać na to, co się stanie. :D
Aaa, jeszcze Peter i Kate. Ee... jestem ciekawa jak to wyjdzie? xD
Czekam na nowy rozdział! :* Kiedy będzie? :D
Całusy ;* Megan
megan 8 sierpień 2009; 20:11:23
| brak www IP: 79.185.46.98
Ja nie mogę.. xD Normalnie skakam z radośći! ; ) Nottka z dedykacją dla mnie i Shylin? Jeszcze nigdy nie dostąpiłam takiego zaszczytu ^^ Mówiłam, że cię lubię? xd
A co do notki..
Oczywiście, że mi się spodobała! Szczególnie scena z Jamesem i Lily. Świetnie opisałaś to, co działo się w jej głowie ; ) Lubię go, nie lubię... xd
A co do Dorcas i Syriusza.. Jakoś pasują moim zdaniem do siebie i koniec. Lubię tą chemię pomiędzy nimi ; P
Pozdrawiam.
erin. 7 sierpień 2009; 13:51:15
| brak www IP: 84.38.94.116
Po pierwsze jedyny błąd jaki znalazłam:
"Syriusz wyszczerzył zęby, zgarnął ze stolika i wsadził ją do tylnej kieszeni dżinsów, po czym stwierdził..."
Zęby wsadził do kieszeni? Fuśku, coś chyba zgubiłaś... jakieś magiczne słowo.
Po drugie zagmatwałaś. Z czym wiesz. Że ona chce, ale nie chce, jemu zaczyna przechodzić, ale bredzi coś o przyjaciołach, a później lezą do szkoły... a wszystko przez Łapę. Mówiła, że kocham Syriusza? Dzisiaj chyba jeszcze nie.
Swoją droga Meadowes jest fajna ^^ Nie ma jak encyklopedia zielarstwa.
Remus, boski... wredna, włochata Łapa...
Uczucia nie szczególnie buchają... ale buchać jeszcze będą. To wiem.
Nie było panny J... ale to mi nie przeszkadza, chyba za nią nie przepadam...
No i mnie rozczuliłaś. Dla mnie zawsze? jeeej... kocham cię, wiesz?
Mids 6 sierpień 2009; 15:44:14
| brak www IP: 83.6.147.122
Szablon wykonała
Fushigi; zdjęcie -
stąd; tekst -
Paramore.