Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
7. Twoje czyny przemawiają tak głośno, że nie słyszę twoich słów.
- Idioto!
- Lily, no, cicho…
- Jesteś idiotą! Kretynem! Merlinie, jak można było rzucić astronomię…?
- Liluś moja, ja nie…
- Ach, tak. Ty jej nie rzuciłeś. To ona rzuciła ciebie!
Syriusz, rozwalony na fotelu w pokoju wspólnym i obserwujący kłócącą się dwójkę, uśmiechnął się szeroko. Ruda mówiła o tym jak prawdziwym zerwaniu, jakby fakt, iż James zostawił wreszcie tę astronomię, był czymś całkowicie niedopuszczalnym…
- Nie, nie, to mi się w głowie nie mieści. – Evans potrząsnęła głową, ignorując spojrzenia zaciekawionych Gryfonów, którzy powoli zbierali się w wieży.
- Astronomia jest… - próbował protestować Potter, ale dziewczyna wciąż krzyczała:
- Spokój! I do tego się upiłeś… Cholerny…
Black uniósł brwi. Wyraźnie walczyła ze łzami.
- Kretyn! – wykrztusiła w końcu, ocierając policzek wierzchem dłoni. James, stojący przed nią, drgnął nagle i zrobił ku niej krok.
- Nie zbliżaj się! – krzyknęła, ostatecznie odstraszając kilku ciekawskich uczniów. – Czy ty nie rozumiesz, że to nie jest zabawa? Niczego nie traktujesz poważnie, James, niczego! Zrozum wreszcie… A ty – wycelowała drżący palec w zdumionego Syriusza – ty nie reagujesz i pozwalasz mu na to wszystko. Dwaj… kretyni…
To mówiąc, uciekła w stronę damskiego dormitorium.
- Rogacz… - mruknął po chwili Black, kiedy jego przyjaciel opadł na fotel obok. – Co się stało tej Rudej Małpie i czego ona ode mnie chce?
James wyglądał, jakby był w ciężkim szoku i nawet nie zwrócił uwagi na obraźliwe słowa kumpla.
- Nie mam pojęcia – powiedział beznamiętnie, gapiąc się w obicie fotela. – Ale strasznie chce mi się pić.
- Lily. – Dorcas patrzyła z niepokojem na miotającą się przyjaciółkę. – Lily, do ciebie mówię. Co się stało?
- Czemu nie byłaś na astronomii? – wytknęła jej dziewczyna, chodząc po sypialni i układając poduszki to na łóżku Melissy Jackson, to na swoim.
- Ja nie chodzę na astronomię, Evans – odparła Meadowes, unosząc brwi. – Zapomniałaś?
Ruda tylko prychnęła cicho.
- Zresztą… w sobotę? Chyba tylko
nienormalni poszli na tę lekcję. – Dorcas oglądała paznokcie, wylegując się w miękkiej pościeli. Miała już na sobie nocny strój, składający się ze zwiewnej koszulki z koronką. Kusicielka.
- Dla twojej wiadomości: wychodzi na to, że w szkole mamy wiele
nienormalnych, a z jedną z nich mieszkasz. Było mnóstwo osób.
- Kujonki.
- Ach, spadaj, Dor. – Dziewczyna wpakowała się na parapet z garścią kolorowych fasolek z Hogsmeade.
- Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – zapytała Meadowes zmęczonym głosem.
- Potter rzucił astronomię – burknęła Lily, wpatrując się w cukierki, wysypane na podołku.
- Mądry chłopiec – przyznała Dorcas. Evans spojrzała na nią z wściekłą dezaprobatą. – Czemu ci to przeszkadza? Czy Lily Evans nienawidzę-cię-Potter nie powinna cieszyć się z tego powodu? – zapytała kąśliwie.
- Dor! To nie jest śmieszne! – fuknęła rudowłosa.
- Nie śmieję się przecież. – Dorcas uniosła brwi.
- Za rok owutemy – mówiła Lily, jakby nie słysząc odpowiedzi przyjaciółki. - A ten kretyn pewnie nawet nie wie, co chce robić po szkole…
- Rany, Lilka, ale co
ciebie to obchodzi? – zadrwiła brunetka.
- Nic – odparła dziewczyna stłumionym głosem. Oparła policzek o chłodną szybę. – Zupełnie nic.
- Oczywiście. – Meadowes wstała z łóżka i zbliżyła się do przyjaciółki. – Przecież go nie znosisz.
- Właśnie – wykrztusiła Ruda niewyraźnie. – Nie znoszę.
- Totalnie. I niech się dalej nie uczy. Jego sprawa.
- Och, Dor! – Lily zeskoczyła z parapetu i objęła brunetkę. – On wszystko traktuje jak dobrą zabawę!
- I wcale się nie uczy – dodała Meadowes tonem znawcy.
- Tak! I jest taki dziecinny, i arogancki, i zarozumiały i…
- Totalnie – poparła Dorcas.
- Zmarnuje się!
- Trzeba mu pomóc – przyznała Gryfonka, kiwając głową z miną mędrca.
- Trzeba go odciągnąć od Blacka! – Lily odsunęła się od Meadowes i zmierzyła ją buntowniczym spojrzeniem. – To on jest problemem.
- Black? Black jest lepszy od Pottera – stwierdziła Dorcas, unosząc jedną brew. - Przynajmniej zna umiar.
- Oczyw… - chciała zaprotestować rudowłosa.
- Tak, wiem, co mówię. Black jest okej. – Dorcas opadła na łóżko.
Do dormitorium weszła Melissa z Hestią Jones i Katherine Waters. Wszystkie trzy usiadły na łóżku brunetki.
- Ej, Evans, Evans… Jak możesz go tak traktować… - westchnęła Hestia, kładąc się na wyciągniętych nogach Meadowes. Ta odepchnęła ją z półuśmiechem.
- Zostawcie mnie. - Rudowłosa wskoczyła do łóżka, zakopała się w pościeli i zamilkła.
Gryfonki wymieniły spojrzenia.
- Śpiąca jestem – powiedziała Kate, przeciągając się. – Ale ja myję się przed snem, nie jak co poniektórzy…
- Spadaj – dobiegło spod kołdry.
- Miłych snów,
Liluś – sarknęła Katherine i zniknęła w łazience. Hestia położyła się do swojego łóżka i chwyciła jakąś książkę, a Melissa przysiadła przy Evans.
- Hm, Lilka…
Dziewczyna wystawiła głowę. Policzki miała zarumienione.
- Gadałaś z… wiesz… - Obejrzała się na dwie pozostałe koleżanki, zajęte sobą.
- Wiem. Gadałam wczoraj, mówiłam ci już – burknęła Lily.
- A jak zmienił zdanie?
- Nie zmienił.
- Bo ja tak sobie myślę… - Melissa potrząsnęła długimi, czarnymi włosami. – Kiedy możemy zacząć?
- Nie podał konkretnej daty, ale myślę, że jest mu to obojętne. Jutro? – zapytała Evans.
W niebieskich oczach dziewczyny błysnęło coś na kształt strachu.
- W poniedziałek, dobrze? Po kolacji, co? – poprosiła.
- Zapytam – obiecała Lily. – A teraz daj mi spokój, już pierwsza. Godryku, rano nie wstanę… - dobiegło spod pościeli.
James odepchnął się od idealnie przystrzyżonego trawnika i wzbił się w powietrze, czując mierzwiący włosy wiatr i słysząc ryk kibiców na trybunach. Uśmiechnął się szeroko i oderwał jedną rękę od rączki miotły, po czym pomachał w stronę zachwyconych Gryfonów. Przed nosem śmignęła mu pozostała szóstka drużyny, która otaczała cały stadion w wesołym tańcu, więc przyłączył się do niej, pozostając w ogonie i raz po raz wywijając piruety w powietrzu.
- Gryfoni wystartowali! – rozległ się zwielokrotniony przez magię głos komentującego Caleba Jeffersona. Był to wysoki szatyn, Krukon, i oficjalnie kibicował rzecz jasna Ravenclawowi, lecz już nie raz zdarzało mu się dopingować Gryfonów, nawet podczas meczów takich, jak dziś.
- Thompson, Black, MacKenzie, Clark, Dearborn, Warren i ten znakomity kapitan, a zarazem szukający drużyny Gryffindoru, Potter…
Głośny pomruk oburzenia ze strony kibiców Ravenclawu kazał Jeffersonowi zmienić nastawienie.
- Ale, ale… Spójrzmy na naszych wyśmienitych Krukonów… Moore, Abricot…
James wzbił się ponad resztę graczy, lustrując wzrokiem trybuny. Słońce wznosiło się coraz wyżej, oślepiając, ale mrużył oczy i szukał dalej. Lily, Lily, Lily…
- Ej, Rogacz!
Tuż obok pojawił się Syriusz, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.
- Daj z siebie wszystko, co? To nasz ostatni mecz… - zaczął.
- …w sezonie. Tak, wiem! Sam ciągle wam o tym przypominałem – odparł Potter, nie odrywając wzroku od szkarłatno-złotego tłumu.
Usłyszał krzyk Jeffersona, ogłaszającego uwolnienie piłek. Black posłał mu krzywy uśmieszek.
- To ja… - odezwał się Łapa.
- Czekaj! – zawołał James i przez chwilę leciał obok przyjaciela, który zmierzał w stronę ścigającego Ravenclawu.
- Co?
- Jest Lily? – zapytał Potter.
- A skąd mam wiedzieć? – żachnął się Syriusz. - Ty patrz za zniczem, a nie za Rudą Małpą! Gramy!
I śmignął w dół, by odebrać kafla Alexandrowi Scottowi.
James westchnął i wrócił na swoją pozycję – wysoko nad boiskiem. Omiótł wzrokiem przestrzeń dookoła, a gdy nic nie zauważył, odnalazł szukającego Krukonów, Christophera Feast’a. Latał on spokojnie pomiędzy innymi graczami, narażając się na uderzenia tłuczkiem i zmniejszając swoje szanse znalezienia znicza. James prychnął z wyższością. Czy ten facet wątpił w umiejętności jego pałkarzy…?
- MacKenzie umyka przed tłuczkiem, zbliża się do obręczy… - mówił Jefferson. - Abricot próbuje ją zatrzymać, nadaremnie… Iiiiii…. Tak, GOL! Dwadzieścia do zera da Gryfonów… Hm, myślę, że… że Krukoni powinni wziąć się za grę… Moore, dlaczego tego nie bronisz?!
Potter uśmiechnął się do samego siebie. Już dwadzieścia? Musiał trochę się zamyślić.
- …Black przejmuje kafla, leci w stronę bramki… Ach, Moore, dobrze! Obronione!
James okręcił się kilka razy wokół własnej osi, co Syriusz, przelatujący pod nim, skomentował wściekłym prychnięciem.
- Co, zgubiłeś znicza? – warknął i poszybował za kaflem.
- Chciałbyś – stwierdził James. Nieco mu się nudziło, bo znicz jakby faktycznie zapadł się pod ziemię, więc obleciał stadion dookoła, kręcąc fikołki i cały czas nie spuszczając wzroku z dziwnie zachowującego się Feast’a.
- Potter najwyraźniej lekko podchodzi do ostatniego meczu swojej drużyny, bo właśnie odstawia szopkę przed kibicami Gryfonów… Taa, panie kapitanie, my wiemy… Ale, OCH! BLACK DOSTAŁ TŁUCZKIEM!
James usiadł prosto na miotle i błyskawicznie odnalazł zgiętego w pół Syriusza. Trzymał się za brzuch, ale wciąż z zawrotną prędkością zmierzał ku obrońcy Krukonów…
- GOOOOOOL! Pięćdziesiąt do dziesięciu dla Gryffindoru! – wrzasnął komentator. - Black zaczyna się mścić!
Tłum ryknął: Krukoni i Ślizgoni wściekle, Gryfoni euforycznie, a Puchoni… prawdopodobnie cieszyli się ze wszystkiego, co działo się na meczu.
Nagle coś śmignęło mu przed oczami. Na trybunach siedziała rudowłosa dziewczyna, razem z koleżankami klaszcząc i dopingując drużynę. James nachylił się nad rączką miotły i przeleciał przed Gryfonkami, szukając wzroku Lily. Patrzyła na niego tylko przez chwilę, zaskoczona, a potem zacisnęła usta i przestało bić brawo. Chłopak z powrotem wzleciał do góry, czując dziwny uścisk w brzuchu. Nawet nie chciała na niego patrzeć, przemknęło mu przez głowę. Zresztą… nigdy nie chciała. Po co w ogóle się starał?
Nie myślał jednak o tym dłużej, bo Feast nagle runął w dół. James również zapikował, czując, jak serce w nim zamiera. Dlaczego nie patrzył? Dlaczego ciągle był zdezorientowany?! Feast nie może…
- Szukający chyba zauważyli znicza! Ale Potter wyraźnie przegrywa… Czyżby Feast po raz pierwszy miał go wyprzedzić… - zastanawiał się głośno Jefferson.
Nie!, krzyknął James w myślach. Nie, nie, nie przegra z Krukonami, najgorszą drużyną w szkole, nie, nie… Przecież Lily na niego patrzy, nie może…
Zbyt późno zdał sobie sprawę, że Feast go nabrał. Wciąż pikował w stronę murawy, czując w uszach pęd powietrza, kiedy szukający Ravencalwu poderwał się do góry i śmignął tuż obok, zawracając i śmiejąc się głośno. James wyhamował w ostatniej chwili. Wystarczyło jedno spojrzenie na Krukona, by zabrakło mu tchu.
W odległości jakichś dwóch jardów od wyciągniętych rąk Feast’a lewitował złoty znicz.
Fushigi 12 lipiec 2009; 15:09:17 [
Powrót]
Riddikulus!
Nie ma Lupina dziś... :( XD A Lilly chyba sama nie wie czego chce. DLa mnie spoko, ale wiesz... za mało o Remusie XD xD
Czesak 14 lipiec 2009; 13:12:39
| brak www IP: 83.7.140.244
Szablon wykonała
Fushigi; zdjęcie -
stąd; tekst -
Paramore.